Borżawa, czerwiec 2014

W lutym 2014 r. Ukraińcy mieli Majdan, w kwietniu zaczynała się dziwna  wojna w Donbasie, a mnie jak co roku o tej porze dopadała telepka za jakąś grubszą włóczęgą po Karpatach. No i tak się złożyło, że akurat telepało w stronę Karpat Wschodnich, ukraińskich, w których lądowałem w poprzednich latach dość regularnie. Wytrzymałem jakoś do czerwca, spakowaliśmy toboły z Karo i pojechaliśmy zwiedzać zachód siłującej się z Mordorem Ukrainy.  No i tak się jakoś złożyło, że jechaliśmy uzbrojeni w stare analogi z radzieckimi kliszami z lat 80. Na przekór światu umierać z zachwytu, a nie na tzw. zatrucie ołowiem. Teraz przeglądam te focie i nie pierwszy raz dopada mnie dziwność całej tej eskapady. Ale najciekawsze, że dopiero teraz uświadomiłem sobie przewrotność tych zdjęć. Zostało z tego, jak to zwykle bywa, niewiele, bo klisze były mocno już złachane i praktycznie niezdatne do użytku. Uchowało się  parę ujęć – świetlisty, lekko apokaliptyczny sen o podejściu na Borżawę od strony Wołowca. Resztę pochłonęła nicość.

 

Zalety bycia w dzikich górach na wyspie

Spotyka się niespodziewanych ludzi, najczęściej pasterzy i rozmaitych freaków
Kiedy się schodzi, niesie się w doliny coś, czego tam nie ma. I należy się tym dzielić, w przeciwnym razie jest to zachłanność i niewdzięczność.
Zdarza się, że pada zasięg.
Zdarza się, że pada śnieg.
Można na siebie spojrzeć ciemnym okiem kołującego po niskim szarym niebie sokoła.
Można obracać godzinami w myślach zasłyszane słowa niczym miejscowy szczur cieszący się zdobyczą.
Są owce, są kozy i są ich ludzie. Zawsze i wszędzie, niezależnie od zakątka świata, biedni, czarniawi i ciekawi przybysza. Palący, pijący.

Idzie się coraz wyżej, ale i tak już całkiem blisko Najwyższego.
A wieczorem można podyskutować z napotkanymi Niemcami, całą czteroosobową hippie rodziną o tym, jak oni rozumieją te góry.
Odkryć, że wszyscy zamierzamy spać w identycznych wyprodukowanych w Niemczech biwaksackach. Z takim samym przebiegiem i identycznie, prawdopodobnie, niezniszczalnych. Ucieszyć się tym odkryciem i widzieć, że oni mają podobnie.

Nie spieszyć się, podbiegi robić dla przyjemności i dziwić się, że starcza sil, mimo ze na barkach 15 kg a w nogach będzie z 50 km. Tak, robić podbiegi na ciężko i zwalniać po paru minutach, bo taki kaprys.

Innego wieczoru wdać się w rozhowory z inną grupą.
Powiedzieć, że niebo, to nad nami, nie jest tym, czym się wydaje.
Poczekać, jak to przyjmą.
Wypalić z nimi jeszcze jednego blunta.
Po czym powtórzyć, że  niebo nie jest tym, czym się wydaje. Oczywiście po angielsku.
Czym jest niebo?
Z tym ich zostawić.
Czym jest niebo?

Trawersować popołudniami północne stoki, w których nieodmiennie z odejściem słońca odradza się życie po skwarze.
Cień i jego długie łagodnie wygięte kończyny. Taniec światła i cienia w górach dzień po dniu.

Pod wieczór trzeciego dnia wrócić do świata, wejść prosto spośród krzaczorów pogórza w sam środek osiedla jednakowych domków wypoczynkowych dla zamożniejszych turystów. Pustych białych domków.  Pierwsza wiadomość: czteroletni synek przyjaciela leży w klinice w dużym mieście. Badania, dużo przemilczeń, sztuczna wesołość w glosie przyjaciela, kiedy dzwonisz i on próbuje opowiedzieć, co poza tym. Co poza tym?
Myśleć, co powiedziało się spotkanym wędrowcom o niebie. O tym pytaniu, które zawisło miedzy nami. Nie wspomnieć o nim przyjacielowi. Bo jak? Schodząc coraz niżej i niżej, z pochyloną głową, walić w klawisze telefonu, żeby zanotować te wszystkie tajemnice.

 

AA004Ai

Alta Garrotxa

 

W maju 2017 r. z druhami Jessem i Korbim wybrałem się w Pireneje na GR11. Rok wcześniej musnęliśmy trasę z Korbim i z odmarzniętymi cojones zeszliśmy w doliny jak niepyszni. Teraz zaplanowaliśmy zrobić, nie spiesząc się, ponad 100 km, z ekwipunkiem (15-20 kg), wędrując w jedynie słusznym kierunku, a więc na wschód (choć zamierzamy się z owej słuszności wyłamać i następnym razem iść w kierunku przeciwnym, za to depcząc po piętach pielgrzymom zdążającym do Santiago). Wystartowaliśmy w Nurii, metą przewidzianą było Cadaques, skończyło się na La Jonquerze, dość parszywej miejscowości hiszpańskiej przy granicy z Francją.

GR 11 w jej wariancie Orientale jest wspaniałe. W maju jeszcze kompletnie puste. Ostatnie dekady to odpływ miejscowej ludności do miast.  Pozostały po nich porzucone gospodarstwa na pogórzu, puste zagrody, pamiątki zatopione w trawie, cienie wspomnień po czymś, co trwało tu przez pokolenia, ale odeszło. I teraz paru chłoptasi z drugiego krańca kontynentu depcze po nich albo przystaje nieopodal i przeciera oczy z niedowierzaniem. Piękne są opuszczone klasztory katolickie w zielonych bezludziach, podwójnie puste i zachwycające, raz oddaleniem od siedzib ludzkich, jakie nakazuje regula monastyczna, dwa z nakazu ludzkiej historii, która dotyka górską Katalonię równie nieodwołalnie jak każdy inny zakątek Europy. Klasztor w katalońskich górach to miejsce, które z własnej woli odsunęło się od świata, tylko po to, by po trzystu, pięciuset latach świat zrewanżował się tym samym, odsuwając się od niego, uciekając na odległość, która wydaje nam się teraz nie do pokonania. No ale snuliśmy się tam, parliśmy pod prąd duchowi czasu, wyrzekaliśmy na wygłodzone po zimie lisy, które próbowały (z powodzeniem) kąsać nas po nogach, marzyliśmy dniami i nocami o chłodnej  cervezie w oszronionym kuflu z grubego szkła i było to dobre. Podczas 10-dniowego marszu spotkaliśmy łącznie kilkanaście osób (tak, tam naprawdę wieje pustką najprzedniejszego gatunku).  W duchu wspaniałej południowoeuropejskiej goscinnosci cabany, refugia etc stoją i czekają, a utrudzony człapak może nie tylko w nich spędzić noc, ale też podjeść, a nawet opić się wina. Jak łatwo się domyślić, żeby cały koncept chatek jakoś tam działał w praktyce, i my powinniśmy zostawić tam coś od siebie dla tych, którzy przyjda po nas. Prosta, bardzo ludzka reguła.

Byliśmy tam w maju trzy lata temu. W chwili gdy to piszę, jest początek kwietnia 2020 r., a świat pogrąża się w szaleństwie pandemii. Z głośnika przejeżdżającego nieopodal radiowozu docierają strzępki instruktażu dla przykładnego obywatela – „zabronione”, „chrońmy”, „razem”.  Nie wiem, kiedy wrócę w Pireneje. Nie wiem, kiedy wiatr zawieje i poniesie ludzki paproch tam, gdzie raz już opadł.  Mam nadzieję, że  niedługo. No ale zdolności planowania ludzkiego paprochu są, jak wiemy, żadne. Pozostaje mi rojenie o tamtejszej pustce, która, jak teraz to sobie uświadamiam, przybrała w mojej wyobraźni nowy wymiar, zagęściła się – nachodzą mnie ostatnio wyobrażone obrazy GR11 z czasup pandemii wirusa.

Surowe zbocza chaotycznie usłane głazami, nieskończone piargowe osuwiska, po których nie wiedzie, i oby nigdy nie wiodła, żadna ścieżka. Kotły lodowcowe tak potężne, że pomieściłyby kilkunastotysięczne ciudad, a zamiast tego mieszka tu tylko chuda blada kozica o pasiastym pysku i krąży po sobie tylko wiadomych, dla nas niewidzialnych ulicach. Mikrokosmos baśniowej, idyllicznej Talaixy w rozświetlonej mgiełce. Utopione w jodłowym oceanie na wpół zrujnowane osady. No jasne, że przyroda w nosie ma nasze katastrofy i pandemie. Niby to wiem, ale coś każe mi wracać myślą do tych miejsc i teraz, na wiosnę 2020 r., jeszcze wyraźniej widać, że człowiek jest tam zwierzęciem nadliczbowym, a w każdym razie niekoniecznym. Że bez tych kilkunastu, kilkuset, paru tysięcy paprochow ludzkich, z których otrząsnęło się GR11 Orientale, ta cząstka Pirenejow jest jeszcze bardziej niczyja, wspaniała i świetlista. Że teraz w Pirenejach, na północnych rubieżach umęczonej zarazą Hiszpanii, dzień po dniu i noc po nocy wydarza się coś dobrego.